Czy myśląc o misjach, od razu wiedział Ksiądz, że to będzie Ukraina?
Po raz pierwszy byłem na Ukrainie podczas studiów w seminarium w 1993 roku. Był to bardzo trudny czas na Ukrainie: duża bieda, korupcja, bandytyzm. Byłem bardzo przerażony. Z drugiej strony, spotkałem się z niezwykłym głodem Boga. Kiedy uczestniczyłem w niedzielę Palmową we Mszy św., widziałem łzy w oczach ludzi. Okazało się, że była to pierwsza Msza św. w tym kościele po upadku komunizmu. Starsza kobieta opowiedziała mi, że całe życie w czasie wielkanocnym przychodziła z babcią pod kościół i modliły się. Babcia jej powiedziała, że dożyje momentu, kiedy znowu w budynku kościoła będą
Msze św. (przez lata komunizmu była tam sala gimnastyczna). Byłem świadkiem tego momentu. Było to jak spełnienie się proroctwa. Myślę, że wtedy Pan Bóg dał mi powołanie wyjazdu na Ukrainę.
Na czym konkretnie polega służba Księdza - misjonarza w Chersonie?
Sytuacja parafii w Chersonie jest trochę inna niż normalnej parafii w Polsce. Przede wszystkim jesteśmy diasporą w „morzu” prawosławia. W prawie półmilionowym mieście jest jedna parafia katolicka licząca około 500 osób. Poza tym do mojej parafii należy jeszcze 9 małych parafii w województwie. Najdalsza z nich leży 200 km od miasta.To w jakiś sposób wpływa na model duszpasterstwa. Po pierwsze, dużo czasu spędza się za kierownicą, dojeżdżając do różnych punktów. Po drugie, praca duszpasterska jest bardziej nastawiona na indywidualny kontakt z każdym człowiekiem. Ludzie czekają na możliwość porozmawiania z księdzem, proszą o radę w rozwiązaniu codziennych problemów, szukają dróg modlitwy. Mamy bardzo dużo katechez indywidualnych, które stanowią przygotowanie do sakramentów. Nierzadko do pierwszej spowiedzi i komunii św. przygotowują się ludzie dorośli. Poza tym jest też oczywiście normalne duszpasterstwo różnych grup i wspólnot parafialnych.
Długie lata komunizmu na Ukrainie z pewnością zsekularyzowały wielu wiernych. Czy parafianie angażują się w życie Kościoła, czując się Jego członkami, czy powstają grupy modlitewne?
Jeden z księży biskupów na rekolekcjach kapłańskich w Odessie powiedział w czasie konferencji, że komunizm dokonał strasznego spustoszenia w sercach ludzkich. Dlatego nasze pokolenie misjonarzy nie zobaczy owoców swojej pracy. Powiedział: „Wy dopiero przygotowujecie glebę pod zasiew”. Myślę, że w tych słowach kryje się wiele prawdy. W mojej parafii rozwój nie dokonuje się jakoś gwałtownie. Nie mogę powiedzieć, że przez te pięć lat mojego bycia w Chersonie liczba parafian znacznie wzrosła. Jest oczywiście pewien wzrost, ale nie są to szokujące liczby. Natomiast jestem świadkiem innego zjawiska. Wzrasta utożsamienie z Kościołem, świadomość bycia katolikiem. Przez ostatni rok trwała odbudowa świątyni w naszym mieście. Ludzie się jakoś do siebie zbliżyli. Każdy ma swoje miejsce w parafii. Jedna z kobiet codziennie sprząta kościół, inna załatwia formalności związane z elektrycznością, inna z gazem, jeszcze inna z podatkami. Młodzież w każdą sobotę sprząta teren wokół kościoła. Są wolontariusze, którzy pomagają jednej siostrze w odwiedzaniu ludzi starszych i chorych. Część młodzieży pomaga drugiej siostrze w katechezie dla dzieci, odwiedza z nią domy dziecka, jeździ do wiosek do biednych rodzin. Poza tym oczywiście są grupy modlitewne, które mają regularne spotkania i raz na kwartał rekolekcje. Myślę, że z perspektywy czasu i odległości widać, że parafianie nie czują się w parafii anonimowo, nie uczestniczą w jej życiu w sposób bierny, z tradycji, jak to czasami bywa w Polsce.
Wyjechał Ksiądz daleko od domu, w dość niewdzięczne miejsce. Co Ksiądz „stracił”, a ile Ksiądz zyskuje w swojej posłudze na Ukrainie?
Opowiem kilka zdarzeń z mojego życia w Chersonie. Pamiętam pierwsze Boże Narodzenie na obczyźnie. Było mi bardzo ciężko. Jest to taki moment, kiedy serce każdego Polaka jest przy stole wigilijnym w gronie bliskich. Moi parafianie zobaczyli mój smutek i na koniec Mszy św. zaśpiewali mi „Barkę”. To było bardzo wzruszające. Zrozumiałem, że trzeba realnie wszystko zostawić, że takie właśnie zaproszenie Jezus do mnie kieruje. Praca na misjach to przede wszystkim konfrontacja z samotnością. Pamiętam też, jak kiedyś wieczorem zostałem sam. Zacząłem planować, co jeszcze muszę zrobić. I nagle do mojej świadomości dotarły słowa: „Czekam na ciebie”. Uświadomiłem sobie, że nie byłem tego dnia na adoracji, chociaż mieszkam w kościele. Zrozumiałem, że w tym mieście nikt nie adoruje Chrystusa! W półmilionowym mieście nie ma żadnej adoracji, a ja sobie robię jakieś plany na wieczór! Było to dla mnie bardzo ważne odkrycie i wezwanie do modlitwy. Wyjazd na misje pomógł mi odkryć powszechność Kościoła, ale przede wszystkim pomógł zrozumieć jak istotna w życiu jest modlitwa.
Jakie są przejawy Bożego działania w tej pracy? Co było najbardziej niezwykłym znakiem działania łaski Pana Boga?
Wielokrotnie byłem świadkiem różnych cudów. Pan Bóg bardzo kocha każdego człowieka i walczy o każdą duszę do końca. Może dlatego, że jest tutaj taka duchowa pustynia, tak wiele jest przejawów Bożego działania. W zeszłym roku na rekolekcje dziecięce nad morze pojechała z nami dziewczynka z pewnej wioski. Nie znała nawet znaku krzyża, żadnej modlitwy. Ponieważ nie było dla mnie miejsca, w czasie tych rekolekcji spałem w pomieszczeniu, które w ciągu dnia służyło nam za kapliczkę. Na stole stał duży krzyż, a za tym stołem spałem ja. Któregoś poranka obudził mnie głos tej małej dziewczynki, która nie znała żadnej modlitwy. Przyszła o piątej trzydzieści rano z pragnieniem modlitwy, a ponieważ nie znała żadnej, usiadła pod krzyżem i patrząc na Jezusa, śpiewała: „Ja lubliu Tibia” – „Kocham Cię, bardzo kocham Cię, baaardzo kocham Cię”. Była to najpiękniejsza modlitwa, jaką w życiu słyszałem. Bałem się poruszyć, żeby jej nie wystraszyć, a z drugiej strony było mi wstyd, że podsłuchuję to osobiste wyznanie. Ta dziewczynka ma teraz dziewięć lat.
Rok temu, po śmierci Jana Pawła II, wracałem z Polski na Ukrainę. W czasie drogi zacząłem się modlić i prosić Ojca Świętego, aby pomógł nam zbudować kościół. Powiedziałem mu: „Zobacz, nie mamy kościoła, odprawiamy Msze św. w sali kinowej; przecież ty ukochałeś ten lud, znasz pustoszenia, jakie uczynił komunizm – zrób coś”. I ku zdziwieniu wszystkich w czerwcu zaczęliśmy budowę. Msze św. odbywały się najpierw na placu pod gołym niebem, jesienią postawiliśmy namiot, a na pasterkę weszliśmy do kościoła. Pisali o nas w gazetach różne kłamstwa, zatrzymywali budowę cztery razy. Ale mimo to przez cały czas była nad nami jakaś niezwykła opieka. Dla mnie to oczywiste, że było to wstawiennictwo Ojca Św. To on wymodlił nam tę łaskę, że 17 marca tego roku na wieży stanął pierwszy po rewolucji krzyż katolicki w mieście. Trudno oddać łzy ludzi, ich radość, wdzięczność i modlitwę, jakie towarzyszyły instalacji krzyża. Teraz postronni przechodnie, przechodząc obok kościoła, żegnają się. Dla nas to widzialny znak łaski Bożej.
Czym różni się wschodnia mentalność od naszego myślenia?
Trudno mi mówić o wschodniej mentalności. Cherson jest miastem wielonarodowościowym. Według statystyk mieszka tu około stu różnych nacji.
Są to ludzie bardzo gościnni, powiedziałbym częściowo otwarci. Na pewno dużym problemem jest alkoholizm. Bez wódki nie można niczego załatwić. Wódka jest tutaj elementem kultury. Trochę inaczej są traktowane kobiety. Myślę, że jest to duży wpływ nacji kaukaskich, bo kobiety są traktowane gorzej niż w Polsce. Zjawisko feminizmu jest zupełnie nieznane. Bardzo duże piętno na tych ludziach zostawił komunizm. Myślę, że w Polsce nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką rolę w naszym życiu odegrał Kościół katolicki, ile zawdzięczamy takim postaciom jak kard. Wyszyński, czy papież Jan Paweł II. W Chersonie do dzisiaj w centrum miasta stoi pomnik Lenina, pod którym nowożeńcy składają kwiaty.
Czego nauczył Księdza Wschód?
Życie na Wschodzie pokazało mi, jak bardzo kocha mnie Pan Jezus. Pomogło mi przybliżyć się do tajemnicy Królestwa Bożego pośród nas. W każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji możemy przez proste zawierzenie się Matce Bożej doświadczyć cudu Bożej Obecności. Wschód pomógł mi zrozumieć, że w życiu wewnętrznym każdego z nas najważniejsza jest prawda, że ona pomaga nam otworzyć się na Boga. Misje pomogły mi też doświadczyć, jak bardzo Bóg kocha każdego człowieka. To właśnie wiara pomaga nam patrzeć na siebie zupełnie inaczej. Odkrywać, że jesteśmy braćmi. Teraz w naszej wspólnocie trwa walka o życie dziecka, które się poczęło, a którego ojciec próbuje zmusić matkę do aborcji. Właśnie ruszyła lawina modlitw, aby to dziecko mogło się urodzić. Trwa też walka o życie Denisa chorego na białaczkę. Musi on zebrać 75 tys. dolarów na leczenie. Wschód nauczył mnie, że trzeba walczyć do końca.